Antykwariat - antyk wariat czy księgarnia?

Księgarnie, dyskonty, biblioteki, centra handlowe, a wśród nich antykwariaty. Miejsc do kupowania książek jest wiele, ale to właśnie o tych ostatnich będzie dziś mowa. Niestety nie będzie to recenzja, ani nic takie. Raczej coś w rodzaju moich przemyśleń na temat tego rodzaju miejsc. Tego jakim darzę je uczuciem i dlaczego. 

Skup literatury.
Obładowana książkami przemierzałam miasto w celu dotarcia do jedynego w mieście dobrego antykwariatu z dużym wyborem tytułów. Swego czasu zaglądałam tam praktycznie co tydzień aby zaopatrzyć się w jakąś nową pozycję, ale jak wszystko dobiegło to swego końca. Od tamtego momentu moje wycieczki były już rzadsze i mniej obfite, jednakże nie zaprzestałam ich całkowicie.
Słońce grzało, wiatru nie było więc za pomocą autobusu (usytuowanie budynku jest w tak pięknym miejscu, że gdybym miała dotrzeć tam o własnych siłach z prawie 15kg książek chyba bym padła na środku chodnika i nie wstała) znalazłam się przed drzwiami antykwariatu. Weszłam do środka i natychmiast nie patrząc wokół podeszłam do właściciela i oznajmiłam. „Witam wielmożnego pana właściciela. Przynoszę tu z sobą cenne sztuki literatury. Może zechciałby mości pan przyjąć je do grona swych podopiecznych?” Mężczyzna, niższy zaczął przeglądać po kolei każdy z tytułów i z 50 wybrał tylko 4 twierdząc, że reszta jest do niczego. W życiu nikt ich nie kupi, są za stare i cytuję „nie sztuką jest zapełnić półki, sztuką jest to zrobić dobrze”. Tak więc niecny plan pozbycia się pozycji (które wcale nie były aż takie stare) skończył się fiaskiem, a ja wszystko musiałam zapakować z powrotem. 

Znajomość biznesu.
Oczywiście nie dałam tak łatwo za wygraną. Wyciągnęłam pozycję z gatunku fantasy. Wiecie, wilkołaki, wampiry, czarownice. Pokazałam je wybitnemu znawcy literatury, który najpierw popatrzył się na okładkę, potem na mnie, a potem znów na okładkę. Odłożył je mówiąc, że harlekinów nie potrzebuje. Powstrzymując się przed ripostą zakomunikowałam mu, że to fantasy, a nie jakieś tam romanse bez sensu (ci którzy uwielbiają je czytać, proszę się nie obrażać, sama czasem czytuję takie coś). Widząc błysk zainteresowania w oku biznesmena natychmiast podjęłam temat opisując o czym są dane książki. Gdy tylko wypowiedziałam jakie stworzenia tam występują, a dokładnie „wampiry”, zostałam oświecona. „Przecież wampiry to nie fantasy, nie mam zamiaru się w takie coś bawić”. Wszystkie siły w jakie byłam uzbrojona uciekły gdzie pieprz rośnie, a ja zastanawiając się czy facet mówi serio stałam tak z otwartą buzią. Po chwili ocknęłam się, zapakowałam wszystko w torby, z którymi przyszłam i odwróciłam się z zamiarem wyjścia. 

Szeroka dostępność towaru.
Coś mnie jednak tknęło. Odwróciłam się obserwując regały od góry do dołu wypełnione książkami i pomyślałam, co mi szkodzi? Może chociaż nowa dobra książka poprawi mi ten zepsuty humor. Wiadomo w antykwariatach można znaleźć prawdziwe cudeńka, których już księgarnie nie wydają. Sama mam kilka takich tytułów, w które chcę się wyposażyć, lecz niestety znalezienie ich graniczy z cudem. O ostatnią taką książkę jaką udało mi się zdobyć walczyłam około 2-3 lat i w końcu się udało! Nie dziw więc, że z nadzieją zaczęłam patrzeć co jest dostępne. Przecież taki znawca biznesu jak ten właściciel zaopatrzony jest w same wspaniałe i pożądane tytułu. Jakże wielka była ma rozpacz, gdy na półkach widziałam same najnowsze pozycje i to tylko te w miarę popularne. Ze zrezygnowaniem pokręciłam tylko głową.

Atrakcyjna cena.
W końcu wzięłam w łapki coś niezbyt nowego, co bardzo chciałam mieć. Lekko zniszczona, ale hej, przecież nadal da się ją czytać! Przerzucając strony na samym końcu natknęłam się w końcu na jej cenę. Przez dobre 10 sekund te dwie cyfry raziły mnie w oczy swą wielkością. Zamknęłam książkę i odłożyłam ją na miejsce nie patrząc się nawet znowu na jej grzbiet. Z ciekawości wzięłam tę, która leżała obok. Dobry stan, twarda okładka nic tylko brać. Niestety, jak w przypadku swej poprzedniczki plan został zniwelowany przez dwie wielkie cyfry znajdujące się na samym końcu. Cena była może o jakieś 10-11 zł mniejsza niż cena okładkowa. Wiedziałam, że dokładnie taką samą, tyle, że tańszą i nową mogę dostać, w niektórych dyskontach książkowych. Wstałam i biorąc swe rzeczy wyszłam z tego świata pseudo antykwariatu z postanowieniem, że już raczej szybko mnie tam znów nie zobaczą.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko kupowaniu używanych książek, ani wydawaniu na nie pieniędzy aczkolwiek wolałabym aby była to cena dopasowana do jakości i potrzeb. Jeśli wiem, że dokładnie ten sam tytuł tylko, że nowy mogę dostać na jakimś dyskoncie, albo nawet i w księgarni, oczywistym jest, że go kupię. Sprawa miałaby się nieco inaczej gdyby taka sytuacja jak powyżej pojawiła się tylko w tym jednym miejscu. Niestety byłam w różnych tego typu miejscach, nie tylko w swoim mieście. Sytuacja we większości była taka sama. Co innego przydarzyło mi się w Londynie. Tam nie dość, że (jak na ich kieszeń) ceny w antykwariatach nie były takie wysokie co do jakości to jeszcze jako student uzyskałam zniżkę 10%. Aż chce się człowiekowi tam wrócić T^T.

Nie wiem czy tylko ja mam takiego pecha, czy inni również, ale teraz bardziej można liczyć na dyskonty czy też różne ogłoszenia przez Internet i wyjść na tym znacznie lepiej niż w stacjonarnych księgarniach. Nie tylko biorąc pod uwagę cenę, ale i dostępność najróżniejszych tytułów. Jeśli macie podobne doświadczenie, a nawet i inne chętnie o nich poczytam. Nie bójcie się mi o nich opowiedzieć.

3 komentarze:

  1. Przeczytałam cały Twój wpis z ciekawością. Osobiście rzadko bywam w antykwariatach, nie dlatego, że nie lubię kupować używanych książek, ale właśnie dlatego, że najczęściej te ceny wcale wiele nie różnią się od tych w dyskontach, gdzie książkę kupię sobie całkowicie nową. Dobry wpis, z wplecionymi ciekawymi przemyśleniami.
    Pozdrawiam
    A.

    http://chaosmysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję bardzo. Robię właśnie dokładnie tak samo jak ty. Antykwariaty zaczęły dbać już o własną kieszeń zamiast o klienta, a to już jest naprawdę smutne :/

      Usuń
  2. Do antykwariatu zdarzyło mi się wmaszerować dwa razy. Jak szybko tam weszłam, tak szybko wyszłam. Rynek wtórny jest miejscem gdzie można dopaść książki, które nie zawsze są dostępne gdzieś od ręki, jednak kiedy otwieram książeczkę wydaną w roku powiedzmy 2007, która wygląda na czytaną kilka razy, ale jej cena różni się od nowej tylko o 4 zł o.O no what the f... . Nie dziwie się kiedy opadają kolejne i kolejne takie miejsca. Bardzo moje serducho cieszą dyskonty książkowe, tam spędzam masę czasu szperając wśród cudów za 4 zł/szt .

    OdpowiedzUsuń